Nie mam historii o kontuzji, która odmieniła moje życie, ani o karierze sportowej przerwanej przez pecha. Trenowanie ludzi to zawód, który wybrałem świadomie - i właśnie dlatego traktuję go jak zawód: z warsztatem, systemem pracy i odpowiedzialnością za to, co obiecuję.
Do Polski wróciłem w 2020 roku, kiedy obostrzenia zamknęły życie, które układałem sobie w Holandii. Zawodowo zaczynałem od zera - i zamiast pójść na skróty, poszedłem na studia. Wychowanie fizyczne w Wyższej Szkole Edukacja w Sporcie (tej samej, w której studiował Robert Lewandowski), a do tego kurs trenera medycznego Blackroll Therapy, dziś Fizjo4Life Therapy. Pełne wykształcenie kierunkowe zdobyte już jako dorosły facet, który dokładnie wiedział, po co je zdobywa - nie weekendowy certyfikat.
Po ten drugi sięgnąłem, bo szybko zobaczyłem prosty wzór: mało kto przychodzi do trenera wyłącznie po sylwetkę. Ludzie przychodzą z plecami po ośmiu godzinach przy biurku, z kolanem, które odzywa się przy przysiadzie, ze strachem przed zrobieniem sobie krzywdy. Trener, który to ignoruje, zamienia mały problem w kontuzję.
Nie jestem motywatorem. Nie dostaniesz ode mnie o poranku cytatu o walce ze słabościami. Dostaniesz wywiad, plan pod Twoje życie, analizę techniki z nagrań, korekty, kiedy coś zaczyna boleć, i szczerą informację, kiedy coś robisz źle - albo kiedy to ja uznam, że nie umiem Ci pomóc. Pięć lat tej roboty, setki poprowadzonych osób i ponad 120 opinii z oceną 5,0 w Google mówią, że ten układ działa.